Zapiski z tramwaju

My i kosmos

Na dwóch ekranach mojego komputera jako tapetę mam wspaniałą grafikę przedstawiającą świat ludzi opanowujących kosmos… Podróż tramwajem to czas na przemyślenia banalne i istotne. Baw się czytając moje. Autor

Na dwóch ekranach mojego komputera jako tapetę mam wspaniałą grafikę przedstawiającą świat ludzi opanowujących kosmos. Z olbrzymiego, przeszklonego pokładu widokowego spoglądam w kosmos na świat wykreowany przez rysownika, przyciągający uwagę swą innością, pociągający nieznanym i przygodą. Pejzaże, których mnie i znacznie młodszym zobaczyć nie będzie dane, ponieważ nie dożyjemy budowy stacji wokół Jowisza, Neptuna czy choćby wokół Marsa. Spoglądam na te tapety i zastanawiam się jak tam naprawdę jest.

Wyobraźnia wspaniałych grafików-wizjonerów pozwala tak mnie, jak i innym miłośnikom kosmosu przenieść się w światy już odkryte, nawet nazwane, ale nie widziane żywym okiem ludzkim. Piękno pierścieni Jowisza, dziwny Neptun, bliska nasza gwiazda dzienna… Jak będą wyglądać przyszłe stacje kosmiczne krążące wokół planet naszego układu, czy być może innych słońc, nie wiem. Kosmos i wyobraźnia ludzka nie znają granic. ISS to dopiero początek.
Wiem jednak, że oglądanie grafik i filmów opowiadających o kosmosie fascynuje mnie od lat.
Będąc małym chłopcem z przejęciem przeglądałem książeczkę zawierającą rysunkową wizję człowieka na Księżycu. Oglądałem lądowniki, habitaty, pojazdy, kombinezony, krajobrazy i wyobrażałem sobie jak to będzie, gdy ta wizja się ziści.
I proszę. Jednego wydarzenia byłem już uczestnikiem. W 1969 roku oglądałem lądowanie człowieka na Księżycu siedząc w grupie chłopaków na daszku domku kempingowego w Łebie. Telewizor ustawiono gdzieś tam w oddali, na sali stołówki domu wypoczynkowego, obraz był zaszumiony, tyko głos wyraźny. Gdy tylko astronauta zstąpił na powierzchnię naszego naturalnego satelity, dach domku zawalił się, wylądowaliśmy na ziemi i trzeba było uciekać. Potem starty i lądowania albo przemilczano, albo stały się tak powszechne, że umknęły mej uwagi.

Pamiętam jak dziś, z jakim przejęciem czytałem moją pierwszą powieść o odkrywcach kosmosu. To było pierwsze, a może drugie wydanie „Astronautów” Stanisława Lema. Potem pochłonął mnie Obłok Magellana. Następnie opowiadania rosyjskich pisarzy, angielskich i amerykańskich. I tak mnie to wciągnęło, że czytałem wszystko, co miało jakiś związek z kosmosem i jego eksploracją, z futurystką, z życiem w podróży kosmicznej. Z zapartym tchem porównywałem osiągnięcia nauki i techniki mnie współczesnej z tym, co opisywali w swoich powieściach i opowiadaniach wizjonerzy SF. Fascynującym jest prześledzenie tego, co wymyślił Lem na początku drugiej połowy XX wieku. Począwszy od pendrive’a, rekordera video, a na automacie medycznym, operującym poturbowanych kosmonautów skończywszy. To, co zaproponował M.C. Clark w dziedzinie globalnej łączności.

Starałem się też nie przegapić filmów o kosmosie, choć tych, za mej młodości, w naszym ówczesnym kraju niewiele było. Współcześnie, oglądanie filmów osadzonych w kosmosie jest równie fascynujące jak dawniej czytanie książek. Choćby „Grawitacja”, „Marsjanin”, „Mars” „Interstellar”, „Awatar”, czy też najnowsza wielka produkcja „Ad Astra”. Jednak większość obrazów filmowych niewiele wnosi do puli wizjonerskich pomysłów z dziedziny nowych technologii w przeciwieństwie do dzieł pisarzy SF tworzących w XX wieku, a nawet w XIX, jak choćby łódź podwodna, akwalungi i zastosowanie elektryczności Juliusza Verne. No, może tyle, że teraz pływamy w maskach do snoringu według wzoru z filmu „Avatar”.
Obraz „Ad Astra” powinien nami potrząsnąć. Mnie dał do myślenia, a z tego myślenia wnioski niewesołe. Otóż dziś fascynujemy się – może nie wszyscy, ale miłośnicy eksploracji kosmosu na pewno – konstrukcjami kosmicznymi powstającymi w wielkich firmach prywatnych. Prywatny, a nie państwowy kapitał zaczyna sięgać poza Ziemię, tam gdzie znajdą nowe źródła tak nam niezbędnych surowców, których kiedyś na naszym globie zabraknie. Kto nimi zawładnie, ten będzie dyktował swoje warunki reszcie świata. I film „Ad Astra” to nie tylko opowieść o ojcu i synu pracujących w kosmosie i dla kosmosu, jeden jako naukowiec obsesyjnie poszukujący istot pozaziemskich, a drugi jako znakomity pilot. Ten film to także przestroga przed tym, co może nas, a raczej naszych następców czekać, jeśli nastąpi przeniesienie w kosmos naszych obsesji, chciwości, szaleństwa, zasad obowiązujących w wojsku i wielkich koncernach. Co może się stać, gdy super technologie dostana się w niepowołane ręce, albo nie rozpozna się w kosmonaucie-naukowcu szaleństwa.
Powieści SF zawsze były osadzone w socjologicznych, społecznych, psychologicznych ramach obowiązujących na Ziemi, w naszych społecznościach. Autorzy próbowali i nadal próbują rozejrzeć się po kosmosie i sprawdzić, czy odlatując z matecznika stanie się z nami coś dobrego, czy przeciwnie, wyzwolą się demony o jakich nam na Ziemi nawet się nie śniło.

Przyznam się, że powieści i opowiadania SF przestały mnie bawić, gdyż nie znajduję autorów próbujących przewidzieć nowe technologie i tu ich dobrze rozumiem. Zalew nowości i nowinek, tych wartościowych, będących w mniejszości, i byle jakich stanowiących większość, powoduje, że autorzy nie są w stanie zaproponować wizji rozwoju technologii ziemskich i kosmicznych. Jak dotychczas realizują się wizje z drugiej połowy XX wieku.
Trzeba nam wizjonera, a może człowieka z przyszłości, który podpowie w swej powieści, gdzie szukać rozwiązania jakiegoś nierozwiązywalnego równaniu, albo w swoją książką zapłodni młodego naukowca do poszukiwań w innym kierunku niż robią to nam współcześni. Naukowa fantastyka tymczasowo schowała się na półce za fantazy, za bajkami ubranymi w inne szaty niż bajki braci Grimm, ale w sumie o to samo w nich chodzi.

Chciałbym doczekać lądowania człowieka na Marsie, acz najbardziej liczę, że NASA zepnie się i jeszcze za mojego życia postawi na Księżycu stałą bazę dla przez pionierów kosmosu. Antygrawitację, antymaterię, napęd fotonowy i parę innych pomysłów Lema i M.C. Clarka, braci Strugackich wkładam do szuflady z napisem: daleka przyszłość.