Zapiski z tramwaju

Nasza rustykalna tradycja

Podróż tramwajem to czas na przemyślenia banalne i istotne. Baw się czytając moje. Autor

Zagrzybiony nasz kraj od Tatr po Bałtyk. Bo i grzybowisko w tym roku było wielgaśne. Stało się nerwowo, a wytwórnie nie nadążały z produkcją naturalnego kwasu octowego.
Ludziska biegali po lesie nie wiedząc, w którą stronę podążać, a zwierzęta chowały się po krzakach z niedowierzanie przypatrując się szaleństwu braci starszych. A ci zaś, w amoku pochylania się i prostowania, nie nadążali ładować swej zdobyczy, czyli: prawdziwków w kosze, w siatki, za pazuchy do bagażników. Prawdziwe, podgrzybki, maślaki, kanie, baby, gołąbki, klampy, kurki, pieprzniki, czubajki… stały karnie w Lasach Państwowych i prywatnych.  Nie jestem grzybiarzem z zamiłowania ani nałogu, choć na grzybach znam się i kiedyś zbierałem je dość sprawnie. Podczas tych dni szaleństwa więc i ja, grzybiarz z Bożej łaski poszedłem na spacer w las zabierając na wszelki wypadek niewielki, okrągły koszyczek z jałowca, zrobiony przez starszego, nie żyjącego już specjalistę.

Idę przez ten las bez nadziei na zdobycz, a tu grzyby same lezą do kosza. Ówdzie prawdziwek, tamże podgrzybek, w mchu maślaczek… I mimo tego nachalnego pchania się grzybów w ręce, po paru kilometrach marszu zygzakiem, dno kosza miałem ledwo przykryte.

Przepycham się przez gąszcz jakichś samosiejek w celu podniesienia widzianego z daleka podgrzybka, a tu zza pleców głos:

– Cześć Jurek, dużo masz? Nie miałem, więc lekceważąco mówię:

 – Et, tyle co na kolację. Grzybiarzem dobrym to ja nie jestem.

Zerkam zaciekawiony, a kosz znajomka wypełniony po brzegi. A on, lokalny koleś z lasu, dobrodusznie poucza:

– Zbieranie to przyglądanie się, wypatrywanie. Trzeba przystanąć, rozejrzeć się, zakręcić na pięcie i wtedy masz gwarancję, że coś podniesiesz. Idąc po linii prostej przez las znajdziesz niewiele.  Niektórzy zostawiają kosz na wzgórku i krążą spiralnie po okolicy. Wtedy masz gwarancję, że coś znajdziesz. Ja tu dopiero godzinkę chodzę…

Cóż, mnie na kolację wystarczyło to, co w koszu, a i zostało trochę borowików i podgrzybków na suszenie.  

Zbieranie grzybów to umiejętność nie tylko rozpoznawania, co truje, a co smakuje. To również znajomość psychologii grzybiarzy. Znajomy leśniczy, pan w średnim wieku powiada i pochodzący z lasów powiada, że grzybów nie zbiera tam, zauważy stojący pod drzewem rower. Bo to rower miejscowy, a właściciel w lesie na grzybach. Za to tam, gdzie samochód stoi w dodatku z obcymi numerami, idzie śmiało w las.

– Bo, proszę ciebie, mieszczuchy nie potrafią skutecznie przetrząsnąć ostępów. Na szczęście i nieszczęście. Miejscowy nazbiera szybko i do domu. Mieszczuch łazi po lesie, wrzeszczy, hałasuje i straszy zwierzęta, niszczy ściółkę i grzyby, które uważa za trujące. A te niejadalne są przecież pokarmem dla wielu zwierząt. Tych małych i tych dużych.

Wysyp grzybów, to w Polsce interes dla wielu gałęzi przemysłu.   
Prócz grzybiarzy, używanie miały w tym roku wytwórnie octu, producenci słoików i importerzy przypraw, dystrybutorzy soli i cukru. Gorzej mieli się hodowcy cebuli, bo ta nie wszystkim smakuje w grzybkach, więc cebula nie szła tak dobrze jak słoiki. Sąsiadka dwa razy zamawiała paczkę słoików i zakrętek, a i tak jej nie wystarczyło.

Suszarki żarły prąd godzinami, liczniki furczały, więc również elektrownie pracowały w tym czasie pełną parą zasnuwając naszą piękną krainę tumanami CO2.

Ciekaw jestem, czy wartość ususzonych grzybów pokrywa koszt energii zużytej do ususzenia. Myślę jednak, że na koszty mało kto zwraca uwagę. Liczą się liczby słoików w spiżąrni, kilogramy suszu, ważna możliwość pochwalenia się znajomym i rodzinie oraz przyjemność robienia zapraw. Mało kto zastanawia się nad kosztem uzyskania kilograma suszonych grzybów. Wyliczmy więc: paliwo dla auta, energia elektryczna, energia własna (zdrowo), podtrute środowisko, zanieczyszczony las, wypity alkohol, zjedzone kanapki, obiad w knajpie, praca własna i rodziny… w sumie drogo.

Po tak obfitym sezonie w wielu domach zalegną więc dziesiątki kilogramów suszu grzybowego, znanego przysmaku moli kuchennych, których populacja – jestem przekonany – znacznie wzrosła. By je wytrzebić, należy ponoć zadać do słoja liścia laurowego, wtedy nie lęgną się w grzybach. Choć kto je tam wie…

Zakonserwowane w occie grzyby i podgrzybki niewiele dni po zbiorach pojawią się na stołach przy byle okazji. Bo jakże nie poczęstować gości grzybkami własnoręcznie zebranymi i przygotowanymi!? I nikt już nie wspomni, że pod drzewami, w mchu, na polankach, przy drogach, na parkingach zostały tysiące ton plastikowych opakowań, alufolii po kanapkach, tysiące butelek po wódeczce i niezliczona liczba puszek po piwach. Tylko nadleśniczy wykaże w sprawozdaniu rocznym ileż to śmiecia po grzybiarzach jego ludzie zebrali i wywieźli, ile to kosztowało. O zniszczeniach na parkingach milcząc.

Nikt też nie wspomni ze współczuciem przerażonego borsuka, łani ciężarnej, spłoszonego wilka, lisa drżącego w swej norce, dzika zagrzebanego w bagnie. Zwierzęta w tym nalocie na las liczą się najmniej, a przeżywają stres znaczny.
Dla wielu mieszkańców wsi (dawnie bardziej dziś mniej), grzybobranie było istotnym źródłem dochodów. Zbieranie jest więc tradycją ludową i partyzancką. W naszym kraju, jak i u sąsiadów Słowian wolno zbierać grzyby do woli. Taka tradycja.

Inaczej mają sąsiedzi nacji germańskiej. Bo oto Niemcy boją się zbierać grzyby, więc kupują w sklepach importowane od nas. Za to w Austrii mają ograniczenia. Tam możliwe jest zebranie maksymalnie 2 kg grzybów na osobę dziennie. Ponadto prawo zakazuje im organizowania zbiorowych grzybobrań. Brawo, z tym warto się zgodzić.

W Holandii przez to, że od wieków królowa jest właścicielką lasów i co za tym idzie, wszystkich leśnych dóbr, mieszkańcy tego kraju nie mogą zbierać grzybów na własny użytek.

Belgowie za zbieranie grzybów mogą wyjść z lasu z mandatem. Włosi traktują grzyby jak dobro nadzwyczajne, szczególnie cenią sobie prawdziwki, które są tam rzadkie jak pszczoły w barci. My zaś dostajemy amoku, gdy deszcz z ciepłym powietrzem zejdą się nad Polską na przełomie września i października, a noce staną się ciepłe i dostatecznie długie. Wtedy nawet stary grzyb rusza na grzyby kuśtykając.