Zapiski z Tramwaju

Moje latanie –

Nad moim mieszkaniem zlokalizowano korytarz podejścia do lotniska w Rębiechowie. Podróż tramwajem to czas na przemyślenia banalne i istotne. Baw się czytając moje. Autor

Moje latanie

Nad moim mieszkaniem zlokalizowano korytarz podejścia do lotniska w Rębiechowie. Samoloty lecą na wysokości 300, a może 250 metrów, klapy mają już wysunięte, a podwozie w trakcie wypuszczania. Za każdym razem, gdy patrzę na lądujące i startujące maszyny, nachodzi mnie myśl: czemu mnie nie ma na jej pokładzie?
Moja fascynacja lataniem zaczęła się w dzieciństwie. Wtedy lotnisko było w miejscu współczesnej, gdańskiej Zaspy. Pierwotnie zwykły, trawiasty runway, by po I Wojnie szczycić się betonowym pasem, widocznym jeszcze nie tak dawno jako fragment ulicy Jana Pawła.
Do dziś stoi przedwojenny hangar, w którym przechowywano i konserwowano samoloty. Lotnisko we Wrzeszczu w czasach międzywojnia i po wojnie było ruchliwym portem z połączeniami do wielu miast.
Dzieciństwo spędziłem przy Smoluchowskiego i tam zaczęły się moje marzenia o podróżach samolotem. Uwielbiałem oglądać – albo słuchać – podchodzące do lądowania samoloty. Jeśli maszyna nie musiała zataczać kręgu przed lądowaniem i podchodzić od strony Zatoki, stare Dakoty, a potem Tupolewy warczały gdzieś za Górą Szubieniczników, rzadziej przelatywały nad stadionem Lechii.
Miałem też inne atrakcje związane gdańskim lotniskiem na Zaspie. Będąc małolatem spędzałem letnie miesiące u mojej babci, żyjącej w poniemieckim domku ze sporym ogrodem na terenach założonego w 1959 roku Osiedla Młodych w Oliwie.
Domek stał na skarpie, pod zalesioną górką, a z tej górki był widok na wschód, na lotnisko. Z tejże górki obserwowałem starty i lądowania terkoczących kukuruźników ciągnących na linie szybowce aeroklubu lub wożące spadochroniarzy. Mogłem tam siedzieć godzinami.
Marzeń o lataniu nigdy nie zrealizowałem z powodu bardzo rygorystycznych wymagań zdrowotnych. Kłute bębenki uszu eliminowały mnie ówcześnie z tych przyjemności. Może to i dobrze, bo mój szkolny kolega dostał się do aeroklubu, a później został skierowany do służb mundurowych, o których do dziś nie chce opowiadać. Pierwszy raz wsiadłem do samolotu będąc dwudziestoparoletnim dziennikarzem, wysłanym z materiałem filmowym do redakcji na Woronicza.
Przyznam, że swoje zamiłowanie do latania starałem się zaspokajać przy każdej okazji. W scenariuszach do każdego większego filmu, reportażu, a nawet zwykłego programu umieszczałem zdjęcia lotnicze – najchętniej robione z helikoptera lub polskiej awionetki PZL Gawron. Nie pozwalałem operatorowi lecieć samopas. Musiałem przecież reżyserować każde ujęcie.
Uzyskanie zgody na taką eskapad wcale łatwe nie było. Robienie zdjęć z ze statków powietrznych należało zgłaszać w Wydziale piątym Sztabu Generalnego. Dostawało się zgodę lub wskazywano nam obszar zakazany, co czasem było kuriozalne, gdyż w ten sposób dowiadywaliśmy się, gdzie wojsko chowa swoje tajemnice.
Ówczesne władze miały obsesję na punkcie tajemnicy i szpiegowania. Każdy materiał filmowy zrobiony z samolotu albo helikoptera musiał być obejrzany przez specjalistę z piątki.
Pewnego razu ta obsesja stała się przyczyną awantury. Zrealizowałem reportaż z zawodów modeli rakietowych. W zawodach uczestniczyła ponad setka modelarzy z całej Polski. Jak by nie było, rakiety bywają groźne więc imprezę ulokowano na poligonie Muszaki w pobliżu Niedzicy.
Ponieważ temat był paramilitarny, film po zmontowaniu został poddany ocenie gdańskich cenzorów. Ci, nie widząc zagrożenia tajemnic państwa wydali numer kontroli i reportaż pojechał do Warszawy. Dzień po emisji dzwoni do mnie szefowa redakcji młodzieżowej z kosmiczną awanturą. A była to pani – jak się po latach okazało – mocno związana ze służbami. Słyszę więc w słuchawce, prócz uprzejmych inwektyw, jedno tylko pytanie: dlaczego materiał nie został ocenzurowany.
– Bo, panie redaktorze, w tekście komentarza pojawia się lokalizacja poligonu, a to jest tajemnica wojskowa. Nie wolno takich rzeczy podawać do publicznej wiadomości, poza tym naraża pan siebie i kolegów z Warszawy na nieprzyjemności…- i tak dalej.
Na szczęście reportaż miał swój numer, choć nadany przez cenzora gdańskiego. Afera rozeszła się po kościach, bez konsekwencji dla mojej ówcześnie młodej osoby.
Proszę sobie wyobrazić, że w stanie wojennym wojsko wyciągnęło z lamusa jakiś stary przepis, wydany chyba przez Józefa Becka, w którym fotografowanie z wysokości ponad 6 metrów uznawano za zdjęcia lotnicze. Nikt, a przynajmniej większość operatorów nie przestrzegała tej fanaberii, ale prokuratorzy wojskowi mogli w przypływie złości i złośliwości korzystać z tego przepisu. Nie wiem, czy kiedykolwiek został on anulowany.
No, ale wróćmy do mojego latania. Uwielbiam przesiadywać w trakcie podróży na lotniskach. To są miejsca zetknięć różnych kultur, narodów, kolorów skóry, grup etnicznych, obyczajów, języków.


Mając czas przed odprawą, rozsiadam się z nogami na plecaku w hali portu i obserwuję lotniskowy świat.

Podróżni z krajów arabskich podróżują całymi rodzinami. Babcia na wózku, dziadek o lasce, rozbrykane dzieciaki, zagubione mamusie i podenerwowani ojcowie. Widać jak na dłoni, kto dowodzi towarzystwem kto potulnie wykonuje polecenia. Dowodzi zazwyczaj najstarsza kobieta.
Afrykańczycy z reguły są porządnie ubrani, dumni, ale nie zarozumiali. Często w strojach podkreślających przynależność do jakiejś grupy etnicznej.
Co bardziej pobożni pielgrzymi udający się do Mekki ubrani są w białe stroje narzucone na gołe ciało. Poruszają się w dużych grupach i wyglądają jak stado łabędzi szykujących się do odlotu.
Statecznych biznesmenów ani ludzi o najwyższym statusie społecznym raczej nie widuję, ponieważ to towarzystwo korzysta ze ścieżek dla VIP-ów. Drogi bilet to i obsługa na poziomie drogiego koniaku.
Najgorsze międzynarodowe lotnisko z jakim miałem do czynienia odwiedziłem podczas lotu do Kolombo na Cejlonie. Tym lotniskiem jest Dżudda w prowincji Mekka, w Arabii Saudyjskiej. Wielkie, źle zorganizowane, brudne i nieprzyjemne. Jedynym pozytywnym aspektem podróży liniami Saudyjskimi był tani bilet. A z lotnisk pozaeuropejskich jakie odwiedziłem kiedykolwiek i zrobiło na mnie olbrzymie wrażenie było japońskie lotnisko Narita w pobliżu Tokio. Wielka, piękna budowla, doskonale zorganizowana obsługa, szybka odprawa. A najwięcej emocji obudziło lądowanie w porcie lotniczym Haneda. Samolot schodzi na pas nad morzem i nawet po dotknięciu pasa widać za bulajem tylko wodę. Na tym lotnisku lądowałem podczas mojej pierwszej wizyty w Tokio.
Pierwsza podróż służbowa za ocean, do Ameryki Południowej odbyła się samolotem czarterowym Ił 62M PLL Lot. Start z Warszawy, międzylądowanie w Dakarze stolicy Senegalu, potem nocny skok do Rio de Janeiro i dalej do Montevideo.


Leciałem z moim przyjacielem Jurkiem Sobocińskim, operatorem, robić film o Montevideo i Urugwaju. Obok nas siedziało dwóch panów, którzy przedstawili się jako mechanicy obsługi naziemnej, co mnie trochę zdziwiło. Po krótkim czasie dowiedziałem się, że samoloty PLL LOT w tamtych czasach nie miały w odległych krajach Ameryki Południowej serwisów naziemnych, a jeśli gdzieś już był, to bardzo kosztowny. Taniej więc było zabrać mechaników.
Podczas rozmowy zapytałem panów mechaników, jak to jest ze spalaniem w tych maszynach. Cztery silniki na ogonie, 200 pasażerów, ładownie wypełnione po brzegi, maszyna ciężka jak diabli, a w dodatku międzylądowanie w rzadkim, tropikalnym powietrzu.
– Dużo palą, bardzo dużo. Wiadrem byś nie nadążył – usłyszałem.
– A jeśli byłaby zła pogoda, to mamy zapasowe lotnisko? – pytam dalej.
– Mamy, ale z okolic Dakaru nie dolecimy. Za mało paliwa. Piloci musieliby podejść do lądowania bez względu na pogodę.
Będziemy lądować na oparach, pomyślałem. Zrobiło mi się nieco dziwnie. Na szczęście, Jurek operator, który nienawidził latania, spał i nie słyszał rozmowy. Panowie nieco koloryzowali, gdyż nikt rozsądny z 200 osobami na pokładzie takiego ryzyka nie podejmie. Wszystko było pod kontrolą.
Inna, tym razem śmieszna sytuacja spotkała mnie podczas lotu do Tokio. Obok mnie siedział nieco starszy ode mnie, dobrze ubrany pasażer. Miło przywitaliśmy się i czekamy na start. W pewnym momencie sąsiad wyciąga zza pazuchy piersióweczkę, nalewa do kieliszka czystą i podaje mi.
– Przed startem na rozluźnienie – powiada. Nie odmówiłem. Wypijamy jeden, potem drugi, wreszcie trzeci. Nie wytrzymałem i zapytałem, czy boi się latać i za każdym razem zagłusza strach alkoholem. Odparł, że nie, latał nawet wojskowymi maszynami.
– No więc o co chodzi? – dociekam.
– Wie pan, ja jestem chirurgiem w szpitalu w Dęblinie, przy Szkole Orląt. Wiem, że latanie jest bezpieczne lecz po tym, co widuję na stole operacyjnym, wolę jednak strzelić rozluźniacza – wyjaśnił. – To co, może jeszcze po jednym? – zaproponował.
Twardo spałem aż do lądowania w Moskwie.
Gorzej ze spaniem, gdy zlekceważyło się jakość kawy podawanej na pokładzie rosyjskiego samolotu. To był czas, gdy dobra kawa w Polsce była rarytasem. Przyzwyczajony do kwaśnej lury, nie zwróciłem uwagi, że na pokładzie maszyny Aeroflotu lecącej do Tokio podano kawę dobrej jakości, aromatyczną, mocną i stawiającą na nogi.
Czytając wciągającą książkę zachciało mi się kawy. Wypiłem trzy, może cztery kubki. A gdy już poduszeczki zostały rozdane, kocyki ułożone na kolanach, światła pogaszone mój szanowny organizm odmówił snu. Zacząłem więc oglądać oświetlone księżycowym światłem chmury, szukać świateł na lądzie, czytać. Ostatecznie jednak dzięki tej bezsenności mogłem zobaczyć to, co widują tylko pasażerowie linii lokalnych. Z nieznanych powodów samolot zamiast na 10 tysiącach metrów leciał na trzech może czterech, a może niżej. Spod skrzydeł uciekała zaśnieżona Syberia w księżycowej poświacie, migały ognie świeczek nad wiertniami, czasem jakieś oświetlone osiedle.

O świcie, o wschodzie słońca zobaczyłem biały bezmiar tej krainy. W dole ujrzałem pustkę – zamarznięte jeziora, brzozowe, bezlistne lasy, pasma górskie, bezkresne równiny i pustkę, pustkę, pustkę. Z rozmyślań o zsyłce, niemożności ucieczki i odcięciu sybiraków od Europy, od Polski wyrwała mnie stewardessa proponując poranną kawę. Mocną kawę.
Latanie, które kiedyś należało do przywilejów pewnej grupy społecznej, stało się dziś powszechne jak jazda tramwajem z jednego krańca miasta na drugi. Mimo to, nadal podróżowanie aluminiową tubą wypełnioną ludźmi jest dla mnie przygodą. Świat z wysokości wydaje się miły, spokojny, bezpieczny i przyjazny. Żal mi tylko, że tak bardzo go dewastujemy.