Zapiski z Tramwaju

Kilka dni temu zbuntował mi się zegarek. Taki elektroniczny. Prądem napędzany. Seiko mu dali…
Podróż tramwajem to czas na przemyślenia banalne i istotne. Baw się czytając moje. Autor

Moja fanaberia

        Kilka dni temu zbuntował mi się zegarek. Taki elektroniczny. Prądem napędzany. Seiko mu dali. Najpierw szedł kulawo: ti tik, tak, tak… yik, bźdźak, tik tak tik. Po jakiś dwóch dniach zatrzymał się. Drugi naręczny marki SIEKONDA, już dawno zdechł, bo nie wepchnąłem w trzewia nowej bateryjki.  Zupełnie o nim zapomniałem.
Na domiar złego odmówił współpracy mój ukochany, wiszący w kuchni zegar morski, wybijający szklanki. Nie wiedzieć z jakiego powodu przestał działać i jego cichutkie tykanie i wydzwanianie morskiego rytmu dnia ucichło. Ucichł też wiekowy staruszek zwany „ślązakiem”, mimo niedawnego remontu. Katastrofa!
Nie znoszę domu bez tykania i bicia zegarów. Takie miejsce wydaje mi się martwe jak rodzinny grobowiec.
Na razie jednak zbuntowane, duże zegary zostały na ścianach – milczące i smutne. Z naręcznymi elektronikami poszedłem do mojego zegarmistrza, pana znającego się na zegarach starych, wiekowych, potrafiącego naprawić wszelkie tykadełka pokryte patyną czasu. Naprawia te wiejskie na łańcuchy, dwie wagi i wahadło i te na sprężyny mające energię na tydzień albo i dwa.
        Przeszedłem Most Stągiewny, minąłem Szafarnię i już byłem na miejscu. Przyjęła mnie pani zegarmistrzowa. Wyciągam z kieszeni srebrzące się zwłoki moich zegarków z prośbą o reanimację. Niestety, nie pomogła mi. Mąż wyjechał, a ona nie potrafi wymienić bateryjki, powiedziała lekko zmieszana.
– Bo wie pan, panie Jurku, otwarcie zegarka to naprawdę spora sztuka. Mąż ma swoje sposoby. Ja nie umiem – rzekła z przepraszającym uśmiechem.


Cóż miałem zrobić. Ruszyłem w drogę powrotną do domu z martwymi zegarkami ciążącymi w kieszeni. I tak niespiesznie idąc przez miasto, uświadomiłem sobie, że z ulic zniknęła większość zegarów.
Gdyby cofnąć się w czasie, przywołać obraz dawnych ulic Gdańska czy Gdyni, to przy głównych ulicach, a nawet i tych ważniejszych bocznych w zasięgu wzroku zalazłby się zegar.
        Pod filarami we Wrzeszczu przy zakładzie zegarmistrza był zegar. I chociaż tam nadal jest zegarmistrz (miejsce zrobiło się ponure, bez życia) to zegara publicznego nie zauważam. Na budynku zarządu komunikacji miejskiej przy Jaśkowej Dolinie też, jak sięgnąć pamięcią, wisiał zegar. Pewnie wskazywał motorniczym wspólny czas. Nie wiedzieć z jakiego powodu został zlikwidowany. Podejrzewam, że nie chciało się zarządowi podjąć decyzji o zakupie nowego.
        W Gdyni przy Starowiejskiej też wisiały zegary przy zakładach zegarmistrzowskich. Ten, w którym mój ojciec konserwował zegarki już dawno nie istnieje.
        Przy Długiej w Gdańsku ostał się jeden bardziej zajmujący się sprzedażą i wymianą bateryjek niż naprawą. A, na wieży Ratusza jest zegar. Nawet punktualny.
Ale już w hali dworca w Gdyni z trudem można dopatrzeć się zegarów w widocznych miejscach, choć na niektórych tablicach wyświetlających ruch pociągów zauważyłem niewielkie tarcze z przesuwającymi się wskazówkami. Mnie by odpowiadały duże zegary w widocznym miejscu. Dawniej wystarczył rzut oka na kolejowy czasomierz i w mig byłeś pewien, że pociąg już odjechał.
        W krajach postkolonialnych, podbitych niegdyś przez Imperium Brytyjskie, do dziś w każdej większej miejscowości stoją wieże zegarowe. Nadal czynne. Odgrywają one w życiu mieszkańców ważną rolę. Wyznaczają rytm życia. Wołają do pracy, zarządzają lunch, wywołują dzieci ze szkoły, przypominają o przeszłości i wyznaczają drogę ku przyszłości. Wiele z tych wież ma piękne zdobienia w postaci rzeźb lub malowideł. Nie udało mi się sprawdzić, czy mechanizmy pochodzą z czasów kolonialnych , czy też wskazówki napędzane są silniczkiem elektrycznym taktowanym kwarcem.
        Nie dość, że z Clock Tower odczytmy aktualną godzinę, to chłopak czekający na swą ukochaną, patrząc na wskazówki odliczając niecierpliwie minuty wróży z nich, czy ona przyjdzie, czy też wystawiła go do wiatru.

        Czyż można umówić się pod zegarem dworca w Gdańsku albo pod zegarem ratusza. Raczej nie, bo umawiamy się pod dworce, pod ratuszem, pod bramą, pod barem. A taki „miting point” pod Clock Tower – fajna sprawa. Proponuję więc zarządom miast pomyśleć o małej inwestycji w wieżyczkę zegarową.
        O, na przykład w gdańskiej dzielnicy Piecki można by postawić w centralnym miejscu wieżyczkę z zegarem. Małe dzieło sztuki z czterema tarczami. I cichutkie bim bam, co godzinę. Czemu nie? Choć, przepraszam za zamieszanie, nie ma w tej dzielnicy „centralnego placu”. Projektant nie pomyślał.
Byłoby też fajnie spotykać się na Skwerze Kościuszki przy Basenie Prezydenta pod zegarem wydzwaniającym szklanki, jak na żaglowcu.
-Wojtek, a gdzie ty się zapodziałeś, nie widzę cię – woła jakiś turysta.
– Zagubiłem się. Gdzie spotkanie? – odpowiada ten drugi.
– Pod zegarem ze szklankami, widzisz go?
– Jasne, widzę wieżę z zegarem. Idę tam.
         Ktoś powie: masz przecież telefon, w którym zegarów bez liku. Można nawet wyświetlać kilka stref czasowych na jednym ekranie. Ktoś powie: współcześnie każdy ma przy sobie komórkę. Owszem, prawie każdy ma przy sobie taki powszechny przedmiot, ale nie każdemu chce się wydobywać go na wierzch w wietrze i deszczu, w mrozie i śniegu by dowiedzieć się jaki to mamy aktualnie czas. Prawda, widziałem osoby trzymające komórkę w dłoni bez chwili przerwy. Jakby od niej zależało ich życie. Nie każdy jest jednak przywiązany do tego przedmiotu jak do kochanki/kochanka.
Czy to, że chcę jeden zegar na wieżyczce, dobrze widoczny przy jednym, czy drugim placu to wygórowane marzenie? Fanaberia! OK, niech będzie fanaberia. A jaka fajna!


         W Londynie, w nowoczesnej dzielnicy biurowej Canary Wharf przy wyjściu ze stacji metra Canary Wharf Station ku Bank Street postawiono kilkadziesiąt zegarów w starym dworcowym stylu. Czy chodziło o to, by spóźnieni pracownicy banku, czy też korporacji nie mogli tłumaczyć się, że nie wiedzieli, któraż  godzina? Bardziej wydaje się to być pomysłem architekta zarządzającego przestrzenią dzielnicy. Trafione. Nawiasem mówiąc lubię tę dzielnicę. Jest taka do bólu nowoczesna, z fantazyjną architekturą biurowców, ale przyjazna. To właśnie w pobliżu, w zakolu Tamizy, były niegdyś londyńskie doki. Teraz mamy szkło, stal, aluminium, zegary, bary, puby i biura, biura, biura….
Kanałów na szczęście nie zasypano! Nadal istnieją doki (po naszemu baseny potowe): północny, środkowy, południowy, wewnętrzny, zewnętrzny… tyle, że nie ma w nich statków dalekomorskich jak przed wiekami czy jeszcze 30-40 lat temu. Zimują za to piękne jachty.
I nadal, ta okolona z trzech stron Tamizą część Londynu, nosi nazwę Wyspa Psów. Zapewne psy pilnowały dóbr przywiezionych z kolonii, składowanych w magazynach portowych zajmujących ten skrawek doków.
           I co z tym twoim zegarkiem, zapytacie. Naprawiony? Ano nie. Szmyrgnąłem go do szuflady, a zdjąłem z gwoździa moje mechaniczne cacuszko. Stary, 75 letni Atlantic, model męski. Zegar na szafirach, ręcznie nakręcany, punktualny, z ślicznie przeskakującym czerwonym sekundnikiem. Wystarczyło staruszka nakręcić i ruszył zadowolony. Jemu bateryjka nie jest potrzebna. Cyk, cyk, cyk, cyk szemrze przesypując sekundy.
Pewnie w tym zwariowanym miejskim świecie, pełnym pośpiechu, gadżetów pokazujących niedostatek czasoprzestrzeni, czasomierzy popychających elektronicznie ku przyszłości opadających z sił ludzi, taki zegar mechaniczny to anachronizm. Ja jednak zupełnie inaczej czuję czas, gdy wieczorem muszę staruszka nakręcić, by rano pokazał, że czas nadal płynie popychany skaczącym sekundnikiem. Obawiam tylko, że któregoś dnia czas dla mnie przestanie istnieć.